Miyo Five Points Palette | Sztos z Instagrama za 15 zł | No. 09 Hot Brown Cold Heart

Miyo Five Points Palette | Sztos z Instagrama za 15 zł | No. 09 Hot Brown Cold Heart

Od dobrych kilku miesięcy na Instagramie oglądam prześliczne makijaże. Wydawałoby się, że zrobienie make-upu idealnego wymaga zakupu najdroższych, a co za tym idzie najlepszych kosmetyków. Jakieś było moje zdziwienie kiedy dowiedziałam się, że duża cześć dziewczyn wykorzystuje do zabawy kosmetyki drogeryjne, a czasem i te dostępne w markecie, które niekoniecznie są bardzo drogie, ale są dobre! Jedną z takich tańszych marek jest Miyo mniej lub bardziej znana jako Pierre Rene; więc dzisiaj o Five Points Palette, a dokładniej o No. 09 Hot Brown Cold Heart, którą posiadam.
Seria Five Points na dzień dzisiejszy składa się z 14 paletek, 15 o ile policzymy paletkę Unicorn, która zawiera cienie duochromowe (zmieniające barwę w zależności od tego pod jakim kątem pada na nie światło). Każda paletka składa się z 5 idealnie skomponowanych cieni do powiek. Poszczególne cienie dobrane są w taki sposób aby można było wyczarować z nich kompletny (delikatny) dzienny lub (ciemny) wieczorowy makijaż. Gama kolorystyczna jest całkiem szeroka, bowiem w ofercie znajdziemy żywe (No. 06 Carnival) jak i stonowane (No. 03 Old Rose) kolory. 
Cienie zapakowane są w bardzo wytrzymałe pudełko, którego wieczko jest przeźroczyste, dzięki czemu szybko możemy podejrzeć jakie kolory znajdują się wewnątrz. Opakowanie jest bardzo minimalistyczne z wyjątkiem marki, wagi oraz proponowanego sposobu aplikacji nie znajdziemy nic więcej. Opakowanie jest na tyle wytrzymałe, że bez obaw wrzucić możemy je do plecaka czy torebki nie martwiąc się o uszkodzenie zawartości. Tak prawdę powiedziawszy to mam raczej problem z otwieraniem kasetki ;P ponieważ zapięcie tak dobrze trzyma. Pierwsze uroczyste otwarcie zaliczył Przedmąż, bo ja nie dawałam rady.
Kolory są naprawdę na-pigmentowane, nawet te jasne. Ich konsystencja przypomina mi cienie z paletki Smoky Stories Bourjois; są delikatne, kremowe, nawet w najmniejszym stopniu nie kredowe. Praca z nimi to czysta przyjemność; z paletki No. 09 tylko ostatni- najciemniejszy kolor trochę się obsypuje. Cienie bardzo łatwo się łączą, na pewno poradzi sobie z nimi początkujący. Na te najciemniejsze kolory trzeba jednak trochę uważać aby nie zrobić sobie plamy.
Jedyny minus jaki odnajduję w tej palecie to wygląd kolorów w opakowaniu, który niestety nie zawsze przekłada się na ich wygląd na powiece. Kiedy kupowałam No. 09 Hot Brown Cold Hearth przekonana byłam że otrzymam cienie brązowe z jednym nudziakiem i jakąś szarością.  Oczywiście nie sprawdziłam zdjęć w sieci, a zaufałam zdjęciom pośrednika.

W rzeczywistości otrzymałam matowy brąz, perłowy brąz, brudny fiolet, perłowy jasny brudny fiolet oraz perłowy jasny bliżej nieokreślony kolor. Na szczęście na stronie sklepu Miyo możemy podejrzeć jak wyglądają ich swatche.






Powiem Wam szczerze, że nie jestem zadowolona z otrzymanej kolorystyki, ale to akurat mój błąd, bo nie zweryfikowałam zdjęć ze sklepu. Natomiast jeśli chodzi o 2 najciemniejsze kolory oraz o ten najjaśniejszy to są to kolory, które bardzo mi się podobają i po które sięgam z wielką przyjemnością. Jak tylko wpadnę na to jak wyciągnąć 2 pozostałe kolory z paletki to wiem komu je podaruję. Gdyby jednak przemilczeć moją niechęć do takich odcieni to z tej paletki wyczarować można naprawdę przyjemny dzienny makijaż.


Za paletkę Miyo Five Points zapłacić musimy 14,99 zł. - jest to cena regularna, ale wiadomo zdarzają się promocję. Choć tutaj myślę, że nie ma się nad czym zastanawiać, bo ta paletka to prawdziwy sztos. Jedynie za paletkę Unicorn zapłacić musimy 24,99 zł. Łączna waga wszystkich cieni w paletce to 6,5 grama, czyli całkiem sporo. Skoro nawiązywałam już do paletki Smoky Stories od Bourjois to tam za 3,2 grama zapłacić musieliśmy około 30 zł. Stosunek ceny do jakości jest jak najbardziej na plus dla jakości.



Paletka jest wytrzymała, estetycznie wykonana, cienie są ładne z nie małą trwałością. Nakładane na bazę joko trzymały się do czasu demakijażu. Tylko podczas zakupu online trzeba trochę rozważniej postępować. Przy zakupach stacjonarnych, kiedy paletkę mamy okazję wymacać na pewno nie popełnimy gafy. Czy kupię następną? Prawdopodobnie tak; kuszą mnie przede wszystkim trzy konkretne paletki, mianowicie: No. 12 Unicorn, No. 06 Carnival oraz No. 16 Holy Grail. Liczę tylko, że któraś z nich nie okaże się być limitowaną edycją.


A Wy, mieliście już okazję korzystać z tej paletki? Może Wam w przeciwieństwie do mnie podobają się te fiolety. Koniecznie dajcie znać co myślicie o Miyo i ich produktach.
Miss Sporty | Matte to Last 24h | Matowa szminka do ust w kremie

Miss Sporty | Matte to Last 24h | Matowa szminka do ust w kremie

Wiecie już z ostatnich postów i zdjęć, że mam bzika na punkcie matowych pomadek. W końcu śmiało mogę malować usta i nie męczyć się z przyklejającymi do nich włosami. Ero błyszczyków- żegnam Cię, wróć jak zrobisz coś naprawdę ekstra.

Tak więc aby zadowolić moje wewnętrzne dziecko kochające mat, to postanowiłam powiększyć swoją kolekcję matowych pomadek. W sumie nie szukałam ich długo, nie zaskoczyły mnie one ceną, nie zainteresowały mnie one w socjalach. One po prostu pojawiły się na mojej drodze, a później w rękach kuriera ;P Ale o czym mowa? O szminkach w kremie  Matte to Last 24H Lip Cream od Miss Sporty. Z samą firmą bardzo się lubimy, chyba nie trafiłam jeszcze na żaden kosmetyk od nich, który u mnie okazałby się bublem nie wartym swojej ceny.
Seria Matte to Last 24h składa się z... no właśnie, ciężko określić mi ile dokładnie jest kolorów, naliczyłam ich 5, ale nie jestem przekonana czy są to wszystkie odcienie. Jednym z tych odcieni jest piękna, soczysta czerwień. Ubolewam nad tym, że nie wiedziałam szybciej o jej istnieniu. W moim posiadaniu znalazły się dwa kolorki, mianowicie: 100 Fresh Nude oraz 200 L!vely Rose. Jak same nazwy wskazują, jedna jest kolorem nude, a druga różem. I ta różowa zdecydowanie bardziej podoba mi się na moich ustach.

Szminki w kremie po zastygnięciu stają się całkowicie matowe z aksamitnym wykończeniem. Zastygają krócej niż moja ukochana Berry Chick z Bourjois, ale nadal na tyle długo by móc je poprawiać oraz dokładać warstwy. Zapach tych szminek jest obłędny, pachną one słodko niczym błyszczyki z lat 90'. Pachną gumą balonową! I za to między innymi je kocham <3
Producent obiecuje nam 24 godziny trwałości, ale niestety nie mamy najmniejszych szans na osiągnięcie tego wyniku. Choć swatche na ręce widać było następnego dnia, to na ustach średnio wytrzymywały mi popołudnie, czyli coś koło 5, może 6 godzin z przekąską. Szminki bardzo fajnie się zjadają i nie wyglądamy groteskowo po 2 godzinach od aplikacji. Ich wielką zaletą jest odporność na pocieranie, producent określa to "odpornością na pocałunki". I to faktycznie mogę potwierdzić, szminka bardzo mocno wpija się w usta i nie puszcza przy pierwszym potarciu. Tutaj przychodzi jednak problem z demakijażem, trudno pozbyć się jej w 100%

O opakowaniu mogę powiedzieć tylko jedno, jest wytrzymałe. Po jakimś czasie noszenia szminki w plecaku opakowanie wcale nie wygląda tak źle, jak się spodziewałam. Z aplikatorem do nakładania na pewno nie połączy mnie romans. Nie znoszę go, tak samo jak wszystkich innych gąbko- patyków do nakładania. Nie potrafię się nimi posługiwać, wyjeżdżam poza obręb ust i zostawiam nieestetyczne kreski. Ale przyznać muszę, że w przypadku Matte to Last 24h to kreski bardzo łatwo się niwelowało i rozprowadzało na ustach.
Na zdjęciu jeszcze dobrze nie wyschnięta Berry Chick aplikowana w praktycznie tym samym czasie. Za szminkę od Miss Sporty zapłacić musimy około 17 zł, jej pojemność to 3,7 ml. Za pomadkę Bourjois Rouge Edition Velvet, o której wspominałam wyżej zapłacić musimy około 50 zł z tym, że jej pojemność to już 7,7 ml. Miss Sporty jak widać jest trochę tańsza, ale tylko nieznacznie gorsza. Przede wszystkim posiada inna kolorystykę no i zawsze możemy kupić dwa różne kolory w ramach jednej. Osobiście jestem bardzo zadowolona z efektu oraz tego jak długo utrzymuje się na ustach ta szminka. Nie wysusza ona ust oraz nie podkreśla suchych skórek. Podoba mi się jej zapach oraz to, że ten dość długo utrzymuje się na ustach. W smaku jest nijaka, nie jest niesmaczna. Nie odbija się na zębach, a jej nakładanie (nawet tym przeklętym aplikatorem) jest całkiem przyjemne. Ma fantastyczną- gęstą konsystencję i ładne krycie. Jak najbardziej zachęcam do jej wypróbowania. Tym bardziej, jeśli któryś kolor Was urzekł. 
Bourjois Smoky Stories | Paleta 3 cieni do oczu z rozświetlaczem

Bourjois Smoky Stories | Paleta 3 cieni do oczu z rozświetlaczem

Skoro ostatnio u mnie tyle Bourjois to postanowiłam ciągnąć temat dalej. Tym razem na tapetę wzięłam paletkę cieni do oczu Smoky Stories Quad eyeshadow palette w kolorze 02 Over Rose. Cienie z paletki miały być dopełnieniem makijażu na Święta w 2017 roku. Stało się jednak tak, że wigilię spędziliśmy w trasie, a resztę Świąt odpoczywając w łóżku. Na szczęście czas między Świętami, a Sylwestrem był bardzo owocny, więc testowanie paletki bardzo się nie przesunęło w czasie.
Paletka składa się z 3 perłowych cieni oraz jednego rozświetlacza z dość dużymi drobinkami brokatu. W paletce znajduje się też pacynka z dwiema końcówkami. Jedną końcówkę bardzo dobrze znamy z wszelkich paletek, druga natomiast jest dla mnie nowością. Jest ona płaska i nadaje się do rysowania kreski na dolnej powiece. Ta końcówka sprawdzała się u mnie bardzo dobrze. Ale u mnie sprawdzają się też pacynki :P Zapewne dlatego, że nie znalazłam jeszcze pasujących mi pędzli.
Opakowanie samo w sobie nie powala wyglądem, sugeruje raczej, że jest to produkt niskiej jakości. Samo otwieranie jest bardzo wygodne, jednak obawiam się, że cienie wrzucone do torebki mogą się otworzyć i pokruszyć. Wierzchnia klapka opakowania jest przeźroczysta dzięki czemu możemy łatwo sprawdzić jakie kolory znajdują się w środku.

Z tego co zdążyłam zauważyć w sieci, cała seria Smoky Stories składa się z 8 paletek. Każda z nich ma tak skomponowane kolory, aby tworzyć przenikające się ombre na oczach. W mojej paletce Over Rose użyto cieni perłowych w kolorach; delikatnego różu, różu połączonego z brązem (powiedziałabym nawet, że ma on delikatnie fioletową poświatę) oraz ciemnego brązu.
Cienie posiadają kremowo-pudrową formułę, która minimalnie się obsypuje. Jeśli w czasie aplikacji strzepniemy nadmiar produktu z pędzelka to nie narobimy sobie żadnych plam pod oczami. Sam rozświetlacz jest przeźroczysty, a rozświetla on oko swoimi złotymi drobinkami. Ten jednak ma większą tendencję do obsypywania. A najłatwiej nakładało się go palcem delikatnie wklepując go w wewnętrzny kącik oka.
Już dawno nie pracowało mi się tak przyjemnie z żadną paletką; ich maślana konsystencja praktycznie sama rozprowadzała kolor na powiekach. Nawet nakładane palcami prezentowały się przyjemnie. Nie sposób narobić sobie plam za ich pomocą. Bardzo ładnie i szybko się rozprowadzają, a intensywność kolorów można śmiało zwiększać dokładając większą ilość cienia.

Paletkę możemy kupić za około 30 zł, a zapłacimy tyle za 3,2 gramy produktu. Cena jak za taką jakość i pigmentację wydaje mi się być odpowiednią. Wybór kolorystyczny jest dość szeroki; znajdziemy paletki w kolorach: szarych, morskich, fioletowych, brązowych, nude oraz różu. Druga paletka zaraz po Over Rose, która według mnie jest najbardziej urokliwa to szarości 01 Grey & Night. W zestawie 02 rozświetlacz posiada brokat w kolorze złota. Jestem przekonana, że rozświetlacz w 01 będzie posiadał srebrne drobinki. Muszę gdzieś wymacać ten kolor ;)
Ogólnie mówiąc jestem bardzo zadowolona z tej paletki, podoba mi się kolorystyka, pigmentacja i rozświetlacz, który dodaję systematycznie do wykańczania makijażu innymi paletami. Bardzo prawdopodobne jest, że kupię jeszcze inne kolory. Liczę, że konsystencja cieni będzie podobn,a a ich nakładanie równie przyjemne.
Matowe pomadki w płynie | Bourjois Rouge Edition Velvet

Matowe pomadki w płynie | Bourjois Rouge Edition Velvet

Jeszcze w ubiegłym roku stałam się szczęśliwą posiadaczką matowych pomadek w płynie od Bourjois. Od tamtej pory goszczą one na moich ustach na zmianę z matowymi pomadkami tej samej firmy lecz w standardowej formie.

W mojej kolekcji znalazły się dwa ciemne kolory, a mianowicie: 24 Dark Cherie (po lewej) oraz 25 Berry Chic (po prawej). Cała seria składa się z aż 20! odcieni, przy czym większość nazwałabym odważnymi i szalonymi. Ale większość to nie wszystkie, w tej serii znajdziemy 4 delikatne nudziaki oraz 3 soczyste czerwienie. Choć kolory są "odważne" to na pewno nie jednej z Was pasowałyby one na co dzień.
Pomadki po wyschnięciu stają się matowe. Nie wysychają szybko więc każdy laik poradzi sobie z ich aplikacją. Mają satynowe wykończenie, a po nałożeniu na ustach tworzą ładną warstwę; producent nazywa je "drugą skórą". Niestety 24 godzinna wytrzymałość na ustach to mit. Na szczęście bez jedzenia możemy liczyć na kilka ładnych godzin trwałości. Najtrudniej te pomadki zmyć, wgryzają się one w skórę na tyle mocno, że po demakijażu nadal widać odcień na ustach. Nie wiem czy jasne kolory robią to samo, ale kolory które miałam owszem. Najłatwiej usuwało mi się je za pomocą dwufazowego płynu do demakijażu oczu od Nivea. Podobnie zresztą jak poprzednią serię. Zwykły żel do demakijażu nie dawał rady, a płyny micelarne niestety pozostawiały na ustach przykry smak.
Teoretycznie aplikator w formie ściętej gąbeczki powinien ułatwiać aplikację, ale w moim odczuciu średnio mu to wychodziło. Na samym czubeczku gąbki zbierało się dość dużo produktu co powodowało rysowanie grubej linii na ustach, której roztarcie płaską częścią nie najlepiej mi wychodziło. Jednak tutaj jestem kompletnie nie wiarygodna ponieważ nie potrafię posługiwać się takimi gąbeczkami. Co do zasady unikam produktów z takimi aplikatorami lub używam pędzelka do rozcierania produktu. Produkt rozprowadzany pędzelkiem zachowywał się całkiem fajnie, można było dokładać warstwy nie uszkadzając uprzednio nałożonego koloru. To akurat zasługa dość długiego czasu schnięcia.
W przeciwieństwie do matowych pomadek z poprzedniego wpisu te niestety delikatnie wysuszają usta. Nie jest na szczęście bardzo mocny efekt, a odpowiednie nawilżenie po demakijażu wszystko reguluje, no ale jednak. Plusem jest to, że te pomadki potrafią ukryć suche skórki na ustach. 
Ogólnie mówiąc pomadki są dość drogie. Koszt zakupu jednej sztuki to wydatek rzędu 50 złotych, opakowanie posiada 7,7 ml. Gdybym miała kupić je w dniu dzisiejszym to raczej poczekałabym na jakąś promocję. Może 2 za 1 lub coś tego pokroju. Niestety kolory kuszą i to bardzo. Ich wytrzymałość zresztą też. Paskudny aplikator (w moim mniemaniu) mogę wybaczyć za zapach jaki one posiadają- jest bardzo przyjemny i delikatny. Cena jest dość wysoka, ale otrzymujemy za nią fantastyczna konsystencję, piękne i intensywne kolory oraz matowe wykończenie. Na ustach nosi się je wybornie- dlatego na początku napisałam, że stałam się ich szczęśliwą posiadaczką. Zapytana o to, czy je polecę odpowiem, że owszem. Warto mieć w swojej kosmetyczce choć jeden ulubiony kolor. Osobiście nie spotkałam się z podobnym aksamitnym dotykiem na ustach w innych markach, więc kupując te pomadki kupujesz także nowe doświadczenie.
Bourjois Rouge Velvet Lipstick #VelvetTheLipstick | Matowe pomadki od Bourjois

Bourjois Rouge Velvet Lipstick #VelvetTheLipstick | Matowe pomadki od Bourjois

Cześć Kochani! Cieszę się, że udało Wam się odnaleźć chwilę by zajrzeć na naszego bloga. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam co nieco o matowych pomadkach z Bourjois z edycji Rouge Velvet Lipstick, które od ponad 2 miesięcy na zmianę z matowymi pomadkami płynnymi goszczą na moich ustach. W mojej kolekcji znalazło się 6 odcieni pomadek; w tym kompletny nudziak oraz krwista czerwień.

O pomadkach udało mi się usłyszeć dzięki kampanii #VelvetTheLipstick skierowanej dla blogerek kosmetycznych. W ramach tej kampanii otrzymałam 6 matowych pomadek. Cała seria pomadek Rouge Velvet The Lipstick składa się z 12 odcieni, przy czym zdecydowana większość to kolory jasne od nude do różu. Nie oznacza to jednak, że wszystkie kolory są słodkie i delikatne. W kolekcji znajdziemy śliczną czerwień, a także brąz z pazurkiem.

Koszt zakupu jednej pomadki (2,4 gram) na szczęście nie przeraża i mieści się średnio w okolicach 20-28 zł. Choć sama pewnie przy zakupie chętnie skorzystałabym z kuponu zniżkowego lub z oferty 3 za 2 itp. Tłumacząc sobie ten wybór możliwością zrobienia większych zakupów ;)

Jak już pewnie zauważyliście na zdjęciach; opakowania pomadek odzwierciedlają kolor pomadki jaki znajduje się w środku. Jest to o tyle wygodne, że łatwo znaleźć wybrany odcień w plecaku lub torebce. A i w czasie zakupów łatwiej nam się zdecydować. Jeśli szukamy nudziaków to nie będziemy musieli oglądać zawartości brązowych opakowań, a to z kolei przyczyni się mniejszym zakupom i mniejszemu "chciejstwu" :) Samo opakowanie jest wykonane bardzo dobrze, zawleczka po zatrzaśnięciu trzyma się wyśmienicie, a plastik z którego została wykonania nie jest na tyle cienki, żeby pękł nam w dłoniach. 

Pomadki mają przyjemny delikatny zapach, w żadnym stopniu nie chemiczny. Zastygają one na ustach tworząc dobrze trzymającą się matową powierzchnię, która zjada się bardzo równomiernie i nie nazbyt szybko. Choć na opakowaniu znalazłam informację o 24 godzinnym utrzymywaniu się to nie mogę tego potwierdzić, bo nie potrafię przez tyle nie jeść :P W czasie normalnego dnia w make-upie, kiedy pomadkę aplikowałam po śniadaniu w okolicach 8 rano, musiałam delikatnie poprawić ją po obiedzie po czym wytrzymała ona do późnego popołudnia. Dzięki ściętemu kształtowi ich aplikacja jest bardzo wygodna, pomadka wydawała się dopasowywać do kształtu ust.

Kolory są dość dobrze na pigmentowane, a kremowa struktura ułatwia ich nakładanie. Jaśniejsze kolory potrzebują ciut większej uwagi i trzeba nałożyć ich troszkę więcej aby pokryć usta bez "prześwitów". Logiczną byłaby dla mnie odwrotna sytuacja, ale widać logika nie zawsze jest logiczna.
W mojej kolekcji znalazły się takie kolory:
01 Hey Nude !
04 Hip Hip Pink
06 Abrico'dabra !
08 Rubi's cute
10 Magni-fig
12  Brunette

Trudno zdecydować mi się na mój ulubiony kolor, ale na pewno nie zostanie nim Hey Nude! Mam wrażenie, że kompletnie mi nie pasuje. Bardzo podoba mi się odcień Brunette oraz Magni-fig. Gdybym sama kompletowała ten zestaw to zrezygnowałabym z nudziaka na poczet koloru 11 Berry formidable, który nie jest czerwienią ani brązem ani śliwką, lecz połączeniem wszystkich. 
Jeśli chodzi o zmywanie to tutaj było dość ciężko, pigment wnikał dość głęboko w skórę ust co sprawiało że pozbycie się go wymagało pocierania. Nie chciałam nazbyt torturować ust, więc szukałam innego sposobu na ciemne kolory, bo jasny schodził dużo lepiej. I tutaj najlepiej sprawdził mi się dwufazowy płyn do demakijażu oczu od Nivea. Co prawda jest on do oczu i ma pielęgnować rzęsy, ale nadał się do ust i liczę, że je także trochę po pielęgnował ;)

Ogólnie rzecz biorąc jestem bardzo zadowolona z tych pomadek. Mają fajną konsystencję, łatwo się nakładają, nie są za drogie i na pewno można złapać je w promocji. Utrzymują się na ustach kilka godzin i bardzo fajnie się zjadają. Mają kremową konsystencję dzięki czemu nie wysuszają ust. Matowe pomadki stosuję już któryś tydzień z rzędu i nie zauważyłam żeby moje usta na tym ucierpiały, choć zawsze po zmyciu pomadek odpowiednio je nawilżam. Pomadki są matowe, mają aksamitne wykończenie, w składzie znajdować się mają olejki nawilżające, które jak widać po moim przykładzie działają. Czy sama bym kupiła? Tak, może nie od razu kilka sztuk, ale jedną a może dwie- na pewno. Być może skuszę się jeszcze na kolor 11, bo na zdjęciach wygląda cudnie. Ogólnie zachęcam Was do wypróbowania, bo warto. Cena nie jest astronomiczna, a sama marka zna się na tym co robi. 
A może Wy także miałyście już okazję wyprĻbować matowe pomadki od Bourjois. Jeśli tak, to jak Wam się sprawdzały? Polecacie, a może uważacie je za zamiennik innego produktu? Koniecznie dajcie znać!
Kawa fermentowana - Co za Kawa! | Browin - Zestaw do wyrobu kawy fermentowanej

Kawa fermentowana - Co za Kawa! | Browin - Zestaw do wyrobu kawy fermentowanej

Czasem odnoszę wrażenie, że Kamila posiada jakiś radar zamontowany na tyłach, który wyczuwa dziwne, a zarazem ciekawe nowości. Oczywiście nie o wszystkim mi mówi, bo tego pewnie nie wytrzymałoby nie tylko moje serce, ale też i rachunek karty kredytowej. Tym razem nowością okazała się być kawa fermentowana dobrze znanej nam marki Browin. Kto nie zna, a kto lubi domowej roboty "przetwory" od dżemiku po wódeczkę, to musi poznać.
Kawa fermentowana "Co za Kawa" to produkt typu DIY. Dostajemy co prawda produkty do jej wykonania, ale efekt końcowy zależy w głównej mierze od nas. I tutaj rozwiązuje się zagadka dlaczego upominek, który otrzymała Kamila wpadł w moje ręce. Bowiem, kiedy ostatnio raz próbowała ona nastawić girę, czyli kwas chlebowy, to o mało nie spaliła garnka grzejąc do niego wodę. W jakiś dziwny sposób 10 litrów wody wyparowało... O deszcz obwiniajcie ją. 
W zestawie znajdziemy drożdże oraz paczkę kawy, jej skład prezentuje się tak: burak cukrowy- prażony, kawa palona mielona. Więc do nastawienia tej kawy brakować nam będzie wody, cukru oraz butelek. Butelki mogą być plastikowe, ale najlepsze będą butelki ze specjalnym korkiem, który spuści nadmiar gazu- "bąbelków" i uchroni nas przed szorowaniem sufitu w pokoju po eksplozji. Jeśli chcecie dowiedzieć się jak doczyścić sufit ze słodkiego napoju- to zapytajcie Kamilę ;)

Sam proces nastawiania kawy jest dość prosty. Zawartość dużej saszetki- tej z kawą wrzucamy do 5 litrów wody, po czym gotujemy przez 5 minut na małym ogniu. Dodajemy cukier; według instrukcji 300 gram, ale że wolę mocniej przefermentowane napoje to dodałem więcej. Po czym mieszałem tak długo, aż wszystko się rozpuściło. Całość przelewamy przez gazę, gęste sitko, płótno lub cokolwiek co zatrzyma fusy i studzimy do temperatury około 25 stopni. Kiedy nasz napar jest już chłodny to dodajemy zawartość drugiej saszetki, a mianowicie drożdże. Ważne jest aby temperatura nie była zbyt wysoka, bo droższe najnormalniej w świecie zabijemy i nic nam nie wyjdzie. Po około 15 minutach od wsypania drożdży możemy posłuchać czy nasz napar syczy; jeśli syczy, to wszystko jest w porządku i możemy wymieszać całość. Jeśli nie syczy, to najprawdopodobniej zabiliśmy drożdże, więc brawo. Możemy poczekać jeszcze chwilę i o ile nie jesteśmy głusi, a dalej nic nie syczy to ratujemy się drożdżami: piekarskimi, suchymi czy jakie tam mamy pod ręką. Ważne, żeby tych nie dodać za dużo, bo napar później będzie nimi zalatywał. Po jakimś czasie ponownie słuchamy i jeśli teraz słyszymy szum to przelewamy wszystko do butelek. Jeśli używamy butelek plastikowych to wlewamy zawartość do około 2/3 pojemności butelki po czym zgniatamy butelkę tak, by w środku nie zostało powietrze, no i szybko zakręcamy bez napowietrzania butelki. Robimy to po to, by gaz który wytwarzać się będzie w czasie fermentacji miał gdzie się podziać i aby nie wysadził naszych butelek. Tak zabezpieczone butelki odstawiamy w kąt na 2 dni, ale zaglądamy do nich co jakiś czas sprawdzając czy aby butelka nie jest zbyt nagazowana. A jest jeśli nie da się jej zgnieść, wtedy delikatnie upuszczamy gaz i odkładamy butelkę.

Napar jest gotowy po około 2-3 dniach. Jeśli lubicie delikatnie fermentowane produkty to próby smakowe powinniście rozpocząć już 2 dnia. Gotową kawę można przechowywać w lodówce około 7 dni, jednak z doświadczenia wiem, że każdy kolejny dzień wpływa niekorzystnie na jej smak. Po jakimś czasie nasza napar zacznie smakować jak zacier na bimber. Zapomniałbym dodać, że kawa ta najlepiej smakuje dobrze schłodzona!

O ile z kwasem chlebowym przygód miałem tysiące, to kawa fermentowana okazała się być dla mnie nowością. Nowością chyba jeszcze większą od tej, że ktoś w Polsce w ogóle to produkuje. No właśnie, Co za kawa jest produktem Polskim, a pisząc jeszcze dokładniej, to produktem Łódzkim. Sam producent o kawie pisze iście poetyckim językiem, językiem kobiet, miłości, przeszłości i wrażeń. Ale aby przeczytać, co ma on do powiedzenia, to musicie wejść na jego stronę >klik<. Ja zacytuję Wam tylko kawałek, kawałek wypowiedzi który kupił moje serce zaraz po tym, jak smak kupił moje kubki smakowe.

Nieoczywista nazwa, nieoczywisty smak i aromat - jak niemal wszystko tutaj. Dla prawdziwych koneserów - oryginalna receptura i wrażenia, które pokochają nawet ci, którzy dotąd udowadniali wyższość święta herbaty nad świętem kawy.

Koszt zakupu - 7 PLN
Czas przygotowania: około 2 dni
Przyjemność płynąca z doświadczenia nowego smaku oraz z samodzielnego przygotowania - bezcenna.

Napój po przygotowaniu zawiera bąbelki, trochę alkoholu, delikatny- ale dość dobrze wyczuwalny aromat kawy. Jest on słodki, bardzo orzeźwiający i pobudzający. Tak naprawdę jest to smak, którego nie da opisać się słowami. Jest to coś co każdy musi spróbować w swoim życiu.
Pokrótce nasze wrażenia można opisać tak - NIEPOWTARZALNE.
MacBook | Pierwsze wrażenia | Co doprowadzało mnie do szału

MacBook | Pierwsze wrażenia | Co doprowadzało mnie do szału

W poprzednim roku uczepił się mnie komputerowy pech. W ciągu kilku miesięcy wykończyłam swój komputer stacjonarny, swojego laptopa oraz (niech Bóg ma mnie w swojej opiece) laptop Przedmęża. Pominę inne techniczne upadki i karambole, inaczej ten wpis będzie przypominał ścianę płaczu. Mój technologiczny pech nie miał końca, więc postanowiłam przez jakiś czas nie zbliżać się do elektroniki, mój osobisty szlaban nie dotyczył telefonu, który oczywiście też ucierpiał, no i szczoteczki do zębów, która o dziwo działa, choć akumulator jest do wymiany. Przez bite dwa i pół miesiąca ograniczałam się tylko do telefonu, na którym nauczyłam się robić praktycznie wszystko. Ale w końcu rodzinka się najemną zlitowała i ... pożyczono mi kolejny laptop. Tym razem w moje rączki wpadł MacBook 4.1 z procesorem Intel Core 2 Duo i 2 GB pamięci ram. I choć uroku osobistego nie można mu odmówić, tak jemu prędkości już także. Jednak dziś nie będziemy skupić się na parametrach i porównaniu prędkości, skupimy się za to na systemie i jego składowych, które dla wiecznego użytkownika Windowsa był jedną wielką zagadką.

1. Zrzut ekranu

Każdy kto choć raz korzystał z laptopa z Windowsem, wie że gdzieś w okolicach strzałek znajduje się magiczny przycisk PrtScr, czyli Print Screen, a już tak całkiem po polsku mówiąc, to guzik robiący zdjęcie ekranu. Jestem małym sklerotykiem, mój pasek zakładek jest przepełniony linkami o których istnieniu mam nie zapomnieć, a katalog ze zdjęciami ekranu przypomina wielkością książkę pt: "Jak zrozumieć kobietę". Tak więc, jeśli chciałam coś zapisać to na oślep waliłam w przycisk i było zapisane. Kiedy pierwszy raz uruchomiłam MacBook'a i zaczęłam surfować w necie to nie minęła dłuższa chwila, a już chciałam coś zapisać. I tutaj zaczął się mój koszmar z korzystaniem z macOS. Przez kilka minut szukałam tego zaczarowanego guzika, tłumacząc sobie swoją ślepotę innym układem przycisków. Kiedy dotarło do mnie że nic tego, wpisałam w google zrzut ekranu macOS i odkryłam, że jest do tego specjalny skrót klawiszowy, mianowicie: Cmd(command) + Shift +3 lub Cmd (Command) + Shift +4. Stosowane w zależności od tego czy chcemy uchwycić cały ekran, czy też jego część. 

2. Alt

Niby tylko trzy litery, a tyle trwogi. Chodzi mi tutaj o pisanie polskich znaków, które na Windowsie pisze się przytrzymując alt. I tutaj oczywiście jest identycznie z tym wyjątkiem, że alt jest gdzieś indziej... Na, nazwijmy ją normalnej, klawiaturze alt znajduje się bezpośrednio po lewej i prawej stronie klawisza spacji. Na macOS alt znajduje się natomiast na drugim z kolei klawiszu od spacji w lewo i prawo. Więc za każdym razem kiedy próbowałam napisać coś poprawną polszczyzną otwierałam masę dziwnych okienek, kasowałam bezpowrotnie teksty lub po prostu dostawałam szewskiej pasji. Niestety zdarza mi się to nadal, ale już w mniejszym stopniu. 

3. Skróty klawiszowe

Jeśli mieliście kiedyś informatykę/ technologię informacyjną w szkole to założę się, że jakiś nazbyt wystraszony nauczyciel nauczył Was co można robić z tekstem kiedy zna się skróty tj: Ctrl+ C, Ctrl+V czy Ctrl +X. Mnie nauczono i ten nawyk trzymał się mnie całkiem dobrze do momentu napisania pierwszego postu na bloga z tego komputera. Z rozpędu, bez patrzenia na ekran na-klikałam na klawiaturze skróty przed zapisem tekstu, po czym zorientowałam się, że ten zniknął. Niestety nie pomógł też skrót Ctrl+Z.. Tego dnia byłam bliska płaczu, a przed rzuceniem laptopem o ścianę powstrzymywał mnie tylko fakt, że nie jest on mój. Choć ja tak naprawdę nigdy nie traktuję w taki sposób sprzętu. Jeśli ktoś jest ciekawy skrótów działających na macOS to prezentują się one tak: Cmd +A, Cmd+ C, Cmd+V. Jednym słowem, zastępujemy przycisk Ctrl klawiszem Cmd (Command).

4. Otwieranie plików i uruchamianie aplikacji

Jeśli jesteście jak Przedmąż i otwieracie pliki poprzez kliknięcie PPM i wybranie "otwórz" to ten problem nie byłby taki irytujący. Natomiast jeśli lubicie kliknąć na program czy plik po czym porządnie pacacie w Enter oczekując na otwarcie, to możecie się bardzo zdziwić. Aplikacja się nie uruchomi, a żaden plik się nie tworzy, w ten sposób możecie co najwyżej zmieniać nazwę plików... Oczywiście podwójne kliknięcie PPM działa tak samo, no ale jednak niesmak pozostaje... Jest za to sposób na to by otworzyć plik bez szybkiego klikana, wystarczy wybrać plik do otwarcia po czym należy wybrać na klawiaturze skrót Cmd+O.

5. Minimalizuj. Maksymalizuj. Zamknij!

Na pewno zauważyliście, że te przyciski w przeglądarce czy też programach znajdują się po prawej stronie. Na macOS natomiast są one po lewej, podobnie zresztą jak na Linuxie. Na szczęście Przedmąż od lat korzysta z Ubuntu i jak tylko zauważyłam brak tych znaczków po prawej stronie wiedziałam co się święci. Tym razem MacOS mnie nie dobił, ale tylko dlatego, że miałam wieloletnią praktykę na Linuxie. 

6. Finder

Finder na macOS to taki eksplorator służący do przeglądania plików. Kiedy przeglądałam jakieś pliki (sarkastyczny żart Przedmęża: zrzuty ekranu) na Windowsie to zawsze przy ich edycji korzystałam ze skrótów klawiszowych w tym głównie Ctrl+X, a później Ctrl +V. W finderze możemy pomarzyć o stosowaniu skrótów. Co prawda można rozwiązać tą niedogodność poprzez zastosowanie skrótu Cmd+C oraz Cmd+V lub Cmd+Alt+V. Cała niedogodność przy ich stosowaniu mieści się w słowach "musisz wiedzieć co chcesz zrobić z plikiem". Pierwsza komenda służy do kopiowania- choć raczej nazwałabym ją zapamiętywaniem pliku. Kolejne dwie komendy to; komenda służąca do tworzenia duplikatu pliku w innym miejscu oraz komenda do przenoszenia pliku w wybrane miejsce. Więc kiedy normalnie użylibyśmy komend Cmd+C i Cmd+V nasz plik znalazłby się w nowym miejscu, na macOS będziemy mieli dwa takie same pliki w dwóch miejscach. Natomiast jeśli użyjemy mniej intuicyjnego zestawu klawiszy Cmd+Alt+V po prostu przeniesiemy nasz plik.


Zauważyłam, że część z Was korzysta z macOS (tak, tak- statystyki). Zastanawiam się jak to było z Wami, czy to zawsze był Wasz system, czy przeżyliście systemową? Myślicie może o powrocie do Windowsa, a może chcecie z niego zrezygnować na poczet mac'ów?
Nivea | Lekki krem przeciwzmarszczkowy

Nivea | Lekki krem przeciwzmarszczkowy

Do tego produktu robiłam kilka podejść licząc, że w różnych dniach, o różnych porach roku i różnych temperaturach otoczenia jego działanie będzie inne. Niestety nic z tego. Moja skóra nie polubiła tego kremu i nie dało się jej przekonać do choćby jego akceptowania. Nie miała znaczenia temperatura na dworze, czy było 30 stopni czy też -10 on wpływał na nią równie negatywnie. 

Kocham wszystkie kluby :)

Jakiś dłuższy czas temu- dłuższy czas temu, w klubie Moja Nivea zostaliśmy zapytani o to co ma największe znaczenie w kremie przeciwzmarszczkowym. Na dziewczyny z klubu zawsze można liczyć, więc odpowiedzi było sporo. A do dziewczyn które odpowiedziały najoryginalniej przyjechał właśnie ten krem. Zdaje mi się, że produkt otrzymało 5 tysięcy kobiet, więc całkiem sporo. Krem dotarł do mnie bez przeszkód, wiem że część dziewczyn miało dziwne historię z panem kurierem. 

Jak tylko dotarł tak też od razu z niego skorzystałam. Początkowo poza tłusta warstwą jaka zostawił na skórze nie widziałam innych uprzykrzeń. Gorzej było rano kiedy spojrzałam w lustro. Moim oczom ukazał się wysyp krostek. Początkowo skojarzyłam je z kobiecymi dniami i nie myślałam o sprawie przez kilka dni używania. Dziwne wydało mi się tylko to, że krostki nie znikają jak zawsze, a zdaje się, że pojawiało się ich więcej. Pojechałam wtedy w trasę zapominając o kremie, który został w łazience. Zanim zdążyłam wrócić, skóra twarzy wróciła do normy, a po nieprzyjemnościach zniknął nawet posmak. Kilka dni po powrocie przypomniałam sobie o kremie i sięgnęłam po niego ponownie, tym razem sytuacja nie powtórzyła się. Skóra poza tłusta warstwą, która według mnie jest zbyt uciążliwa jak na "lekki krem", zdawała się być nawilżona i odżywiona. Krem udało mi się użyć raptem 2-3 razy i ponownie odstawiłam go kiedy w lustrze zauważyłam buraka, rumieńce wcale nie wyglądały na oznakę zdrowego organizmu, wyglądało to raczej jakby ktoś pół nocy oklepywał mnie po twarzy.  Był to wtedy definitywny znak; określający koniec stosowania tego kremu na mojej skórze, ewidentnie coś mnie uczulało. I tutaj mam zagwozdkę, bo nigdy takich problemów nie miałam, a sam skład produktu wcale nie jest najgorszy. Do tej pory bardzo lubimy się z kremami Nivea i nigdy nie miałam z nimi żadnych problemów. Zresztą sprawdźcie sami, oto skład produktu:
Aqua, Glycerin, Ethylhexyl Salicylate, Butyrospermum Parkii Butter, Cetyl Palmitate, Cetyl Alcohol, Tocopheryl Acetate, Dimethicone, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Xanthan Gum, Acrylates/ C10-C30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Sodium Polyacrylate, Sodium Hydroxide, Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol, Trisodium EDTA, Linalool, Geraniol, Limonene, Citronellol, Methyl Benzoate, Parfum

Trzecie podejście zrobił mój luby, tak troszkę nieświadomy tego co stosuje. No bo jak, facet może używać kremu przeciwzmarszczkowego? Kiedy wieczorem przygotowywałam się do snu jakoś "przypadkiem" upaciałam go kremem. Przypadek trzeba było rozsmarować. :P Na szczęście rano wyglądał jak zwykle, nie skarżył się tez na żadne dolegliwości.


Zapach, konsystencja, cena, cechy produktu

Zapach kremu jest bardzo przyjemny, identyczny z tym, którego już tak dobrze znamy z uniwersalnych kremów Nivea. Cena jest jak najbardziej przystępna; 14 zł. za 50 ml. opakowanie kremu przeciwzmarszczkowego umieszcza go w kategorii "tanio jak barszcz". Konsystencja na plus, tą także bardzo dobrze znamy z kultowych już maminych i babciny kremów Nivea. Niestety krem nie jest lekki, na pewno nie nadaje się pod makijaż. Na mojej skórze pozostawiał tłusty film, na szczęście nie zasychał. Ale za to zapychał i uczulał, co jest dla mnie kompletnym szokiem patrząc wstecz na naszą znajomość z Nivea. Wydawał się nawilżać i odżywiać, ale 3 dni stosowania to zdecydowanie za krótko aby potwierdzić działanie produktu. Ja na pewno ponownie po niego nie sięgnę, tak naprawdę to nie wiem co zrobić z opakowaniem które mam. Obawiam się je komuś przekazać choć opinie w internecie są raczej pochlebne. O niebo lepiej sprawdzają mi się uniwersalne kremy od Nivea i przy nich pozostanę. Oczywiście musicie wziąć pod uwagę fakt, że każdy jest inny to, że dany kosmetyk nie sprawdza się u mnie nie oznacza od razu, że jest bublem. Komentarze w internecie świadczą raczej na jego korzyść.
Drożdżowa gwiazda z kremem czekoladowym i orzechowym od Terravita | #niktniepatrzy

Drożdżowa gwiazda z kremem czekoladowym i orzechowym od Terravita | #niktniepatrzy

Szybko, smacznie, prosto i niezwyczajnie? Pewnie, że się da! Dziś chciałabym Wam pokazać jak wyczarować smaczny i unikatowy podwieczorek w półtorej godzinki.

Do naszego ciasta potrzebować będziemy:
*0,5 kg mąki pszennej
*1,5 szklanki mleka
*0,5 szklanki cukru
*50 gram drożdży
*2 jajka + 1 żółtko do posmarowania ciasta
*50 gram masła lub margaryny
*szczypta soli
*200 gram kremu; moim przypadku 100 gram czekoladowego i 100 gram kremu czekoladowo- orzechowego
*opcjonalnie można dodać orzechy, wiórki kokosowe lub sezam

Jako, że jestem niecierpliwa i jako, że obiecałam Wam szybkie ciacho to będzie to przyśpieszony przepis. Więc do miski wrzucamy: mąkę, sól, mleko, jajka, roztopione masło lub margarynę. Do szklanki wrzucamy drożdże i zasypujemy je cukrem. Po chwili drożdże powinny zrobić się miękkie na tyle by dało się je wymieszać, a jeszcze chwile później zrobią się całkowicie płynące. Wtedy po prostu wlewamy je do miski z resztą składników. Całość ugniatamy i w razie potrzeby podsypujemy mąką lub dodajemy mleka. Ciasto powinno być sprężyste i nadawać się do wałkowania. Jeśli takie jest, to dzielimy je na 4 równe części.
Każdą część rozwałkowujemy na równej wielkości okręgi. Najlepiej takiej wielkości by całość weszła nam na blachę do pieczenia.
Przekładamy jeden z naszych okręgów na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i smarujemy go kremem, dbamy o to by rant ciasta był także posmarowany. Ja smarowałam jedną część kremem czekoladowym, a drugą część orzechowym. 
W przypadku gdy chcemy dołożyć jakieś dodatki jak na przykład wiórki kokosowe to rozrzucamy je po kremie. Całość przykrywamy następnym kółkiem. Powtarzamy ten krok tak długo, aż skończą nam się kółka z ciasta. Pamiętać musimy, że góra ciasta nie powinna być niczym posmarowana.
Wyznaczamy sobie na przykład szklanką środek naszego ciasta. Odbijamy okrągły kształt i przechodzimy do cięcia ciasta. Tniemy ciasto na 16 części, ale nie docinamy do środka. Kończymy cięcie na odbitym okręgu. Aby podzielić ciasto w miarę równo to dzielimy je na pól, później znów na pół,  znów na pół... i tak do uzyskania 16 kawałków.
Przyszła pora na zawijanie, a robimy to tak. Łapiemy 2 sąsiadujące ze sobą kawałki i obracamy je dwukrotnie wokół własnej osi do ich środka. To znaczy: tego w lewej ręce odwracamy tak jak chodzi zegarek, a tego w prawej ręce odwracamy w przeciwną stronę do ruchu zegara. Po czym odkładamy je na blachę zlepiając delikatnie ich końcówki. Robimy to ze wszystkimi końcówkami. 
Smarujemy wierzch ciasta roztrzepanym żółtkiem. Używamy do tego pędzelka. Mi pomagał Przedmąż, więc mój pędzelek był wybitny :) Możecie podziwiać go na zdjęciu. 

Ciasto wkładamy do zimnego piekarnika i odpalamy. Jako, że jest to ciasto drożdżowe, które jeszcze nie miało chwili na urośnięcie to trzymamy je około 10 minut w niskiej temperaturze. U mnie da się zrobić minimum 120, więc w takim stało. Jeśli macie możliwość ustawienia jeszcze mniejszej to skorzystajcie. Po tych 10 minutach podkręcamy piekarnik do 180 stopni i pieczemy do suchego patyczka i do czasu zarumienienia się ciasta. Myślę, że około 20- 30 minut.

Prawda, że było łatwo i szybko? Teraz powiedzcie mi czy u Was też było smacznie. :) Do opublikowania tego przepisu zainspirowała mnie Terravita. Od której otrzymałam słodką przesyłkę, w której znalazłam krem czekoladowy oraz czekoladowo-orzechowy. Kremy te charakteryzują się przede wszystkim tym, że w ich składzie nie znajdziemy oleju palmowego, który utwardzony niestety jest szkodliwy dla naszego zdrowia, ponieważ zawiera tłuszcze trans. Kremy od Terravity są przyjazne dla wegetarian, w ich składzie znajduje się naturalna wanilia, a nie wanilina! Pomijając brak glutenu oraz to, że można je zjadać przetworzone jak i bezpośrednio z pudełka, to są one po prostu pyszne. Poza tym, są one robione w Polsce! A więc kupując je, wspieramy rozwój małych, polskich przedsiębiorstw, a nie ogólnoświatowych koncernów. 
Powiem Wam tak w sekrecie, że ich krem jest równie dobry co konkurencji. Idealnie nadaje się do wyjadania łyżeczką kiedy #niktniepatrzy Powiedziałabym nawet, że jest lepszy, a do tego ma lepszą cenę!
Zamienniki jajek | Czym możemy zastąpić jajka w wypiekach

Zamienniki jajek | Czym możemy zastąpić jajka w wypiekach

Czasem zdarza się tak, że w domu zabraknie nam jajek, a bardzo chcielibyśmy upiec jakieś ciasto. Może też się zdarzyć, że chcemy zostać weganinem bo po prostu leży nam sercu los małych kurek.

Aby zastępować jajka odpowiednikami, to musimy zacząć od określenia tego w jakim daniu zastępować będziemy jajka. Z reguły dodawane są one z uwagi na smak oraz nadawanie specyficznych własności fizycznych. Dla przykładu; jajka w biszkopcie są po to, aby był on puszysty. W pancakach są po to, aby nadać specyficznego smaku.

Jajka zastąpimy: 

  • bananami (1 banan = 1 jajko),
  • mąką ziemniaczaną (2 łyżki mąki i 2 łyżki wody= 1 jajko),
  • sodą oczyszczoną,
  • dynią (0,5 szklanki przecieru = 1 jajko),
  • jogurtem (0,5 szklanki = 1 jajko),
  • jabłkami (0,5 szklanki przecieru = 1 jajko),
  • rodzynkami, śliwkami, daktylami,
  • nasionami lnu (2 płaskie łyżki zalane 40 ml ciepłej wody = 1 jajko),
Zdolny kucharz na pewno znajdzie jeszcze kilkanaście innych zamienników, ale to są takie podstawy, które być może macie w swoich kuchniach.

Naleśniki bez jajek

Weźmy dla przykładu potrawę która utrzymuje swoją formę właśnie za pomocą jajek. Jeśli pominiemy je w przepisie i nie dodamy nic innego, to wyjdzie nam rwąca się, gumowata paćka, z której tylko pies się ucieszy. Ale jeśli jajka zastąpimy np: mąką kukurydzianą lub ziemniaczaną to staną się one bardziej kruche. A jeśli dodamy przecier z nasion lnu, to naleśniki będą fajnie sprężyste, ale już nie takie cienkie jak pergamin.

Biszkopt

Chyba każdy w swoim życiu go jadł, swoje specyficzne właściwości nabywa właśnie za pomocą jajek, a dokładniej białek z jajka. Biszkopt(powinnam nazwać go raczej produktem biszkopto- podobnym) choć jest trudnym ciastem to możemy upiec go na posiłkując się proszkiem do pieczenia, sodą oczyszczoną oraz octem. Oczywiście smak będzie inny, ale sama konsystencja pozostanie taka sama. 

Muffiny

Do tych idealnie nada się pasta dyniowa. Dzięki niej muffiny będą sprężyste i wyjątkowo smaczne. Do ciasta można dodać też trochę mąki kukurydzianej co zmieni strukturę ciasta pozwalając mu się trochę napowietrzyć. 


Większość przepisów możemy sami dowolnie modyfikować, możemy zastępować jajka kilkoma różnymi odpowiednikami, co sprawi, że osiągniemy zupełnie nowy smak. Musimy pamiętać tylko o zachowaniu umiaru, aby później nasze dania nie smakowały mydłem, a jest to możliwe jeśli przesadzimy z ilością sody oczyszczonej. Jeżeli przedobrzymy z mokrymi i ciężkimi zamiennikami to mamy szansę upiec zakalec lub wyjątkowo smaczną tartę- to akurat zależy od punktu widzenia. Jednym słowem umiar i wujek google, który na pewno Wam doradzi. Tymczasem ja uciekam wcinać mydlane ciasteczka :)
Pielęgnujący dwufazowy płyn do demakijażu oczu | Nivea

Pielęgnujący dwufazowy płyn do demakijażu oczu | Nivea

Czasem jest tak, że potrzebujemy aby ktoś porządnie kopnął nas w tyłek tylko po to, abyśmy w końcu obudzili się z letargu. I tak też musiało się stać ze mną. Od dłuższego czasu żyłam w przekonaniu, że produkty do demakijażu to jedna wielka klęska. W przekonanie to wciągnął mnie różany żel do demakijażu od Avon, który zamiast zmywać- rozmywał. A skoro tak bardzo konsultantka go zachwalała to żyłam w przeświadczeniu, że i tak jest pewnie lepszy niż inne produkty na rynku... Ale nie! Wcale nie jest! Przysłowiowego kopniaka w tyłek otrzymałam od Wizaż- klubu recenzentki, dzięki którym otrzymałam możliwość przetestowania pielęgnującego dwufazowego płynu do demakijażu oczu od Nivea.

Płyn do demakijażu znajduje się w stylowej buteleczce z nakrętką o pojemności 125 ml, jego cena oscyluje w granicach 12 zł, a jest to też kwota jaką płaciłam za ten nieszczęsny różany żel od Avon. Choć buteleczka posiada plastikowe zabezpieczenie- dozownik, to gwarantuję Wam, że za każdym razem pobieram dużo więcej płynu niż potrzebuje. Szkoda, że tak mało firm korzysta z buteleczek z pompką, czy atomizerem. Z uwagi na to, że zazwyczaj pobieram za dużo produktu, to ten staje się niewydajny i w oczach znika z opakowania. Może gdyby tak przelać go w butelkę z atomizerem? Być może ten problem zniknie. Płyn jest produktem dwufazowym, który zmyć ma najbardziej wodoodporny makijaż, ma on także pielęgnować rzęsy. W buteleczce znajduje się dwukolorowa substancja, przy czym zakładam, że bezbarwny płyn jest "olejkiem" nawilżającym, a różowa część to po prostu środek myjący. Przed użyciem należy wstrząsnąć opakowaniem, aby kolory się połączyły i aby pobrać równą ilość obu składników na wacik.

Jak już wiecie; lubię czytać obietnice producenta i sprawdzać czy w choć małym stopniu pokrywają się one z rzeczywistością. Tym razem producent obiecuje to:
Pielęgnujący Dwufazowy Płyn do demakijażu oczu NIVEA Bez pocierania. Bez podrażnień. Skuteczny i wyjątkowo łagodny jednocześnie. Dwufazowa formuła z jednej strony efektywnie usuwa nawet najbardziej wodoodporny, trwały makijaż oczu. Z drugiej strony pielęgnuje delikatną i wrażliwą skórę wokół oczu oraz rzęsy.
  • Skutecznie usuwa nawet najbardziej trwały makijaż, bez konieczności pocierania
  • Chroni delikatne rzęsy
  • Nie pozostawia nieprzyjemnej, tłustej warstwy
  • Pielęgnuje wrażliwe okolice oczu
Skład: Aqua, Isododecane, Isopropyl Palmitate, Dimethicone, Phenoxyethanol, Sodium Chloride, Trisodium EDTA, Caprylyl/Capryl Glucoside, Benzethonium Chloride, Sodium Ascorbyl Phosphate, Citric Acid, Sodium Hydroxide, CI 16035 

O ile skład produktu mogę bardzo szybko porównać i sprawdzić w google czy jest bezpieczny. to obietnice musiałam sprawdzić na własnej skórze własnych oczach. A tak się szczęśliwie złożyło, że ostatnie tygodnie były makeupowym szaleństwem. Masa nowych kolorów, kilka paletek, nowe tusze, baa! Nawet eyeliner i nowa ukochana maskara. Jak się domyślacie; czymś musiałam to wszystko zmyć. I tutaj z pomocą przyszedł właśnie pielęgnujący płyn dwufazowy do demakijażu oczu.

I tutaj zostałam pozytywnie zaskoczona. Cena sugerowała, że otrzymałam produkt jakości różanego żelu. Zakładałam więc, że po testach nowych paletek moje oczy będą podrażnione, czerwone, obraz będzie przymglony, a skóra pod oczami i na powiekach przypominać będzie papier ścierny. Ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Co ciekawe płyn nie pozostawia na skórze tłustego filmu czego spodziewałam się czytając o aspektach pielęgnacyjnych. 

Zmywanie cieni, czy to wersji w kamieniu, w kremie czy w kredce zawsze przebiegał bezproblemowo. Tak naprawdę wystarczyło przyłożyć nasączony płynem wacik do powieki i ślad po cieniach ginął. Podobnież sprawa miała się z eyelinerem czy zwykłym tuszem. Tusz wodoodporny miał się trochę lepiej i tutaj faktycznie trzeba było potrzymać wacik kilka chwil na oku po czym wystarczyło delikatnie przetrzeć i ten także ustępował. Nie było mowy o żadnym tarciu, ciśnięciu, czy też kilkukrotnym powtarzaniu zabiegu. Wszystko pięknie schodziło, nic się nie rozmazywało. Z uwagi na to, że nie trzeba było pocierać skóra nie zostawała podrażniona ani czerwona. Nie wiem natomiast co producent miał na myśli pisząc, że produkt pielęgnuje rzęsy. W czasie stosowania tego płynu do demakijażu nie zauważyłam żadnych zmian w ich okolicy. Chyba, że wziąć pod uwagę fakt "nie pocierania" i "nie wyrywania" w tej sposób rzęs. Kiedy stosowałam żel z Avon to dość często zdarzało mi się po demakijażu znaleźć rzęsę na policzku,, być może była to właśnie kwestia mechanicznych uszkodzeń. Od kiedy stosuję ten płyn takie sytuację się nie zdarzają, więc jeśli to jest ta "pielęgnacja" to jak najbardziej na plus.


Podsumowując

Jestem jak najbardziej na tak. Cena jest całkiem przystępna, jego dostępność jest praktycznie nieograniczona. Sposób działania przemawia na jego korzyść w 100%. Jedyna wada, to według mnie "dozownik" i ilość pobieranego płynu. Choć myślę, że nad tym akurat można zapanować, o ile będzie myślało się o tym co się robi, a nie o nowych kosmetykach czekających na półce ;) Wersja, którą posiadam przeznaczona jest do wrażliwych okolic oczu, ale już zdążyłam wyszukać w sieci informację o tym, że na rynku dostępna jest jeszcze wersja dla delikatnych okolic oczu. W składzie drugiej wersji znajdziemy ekstrakt z bławatka. "Niebieska" wersja przeznaczona jest także dla osób noszących soczewki. Więc za różnorodność kolejny plus. A wersję niebieską też będę musiała przetestować ;) Na zdjęciach powyżej pokazałam Wam też jak ten płyn radzi sobie ze zmywaniem pomadek matowych od Bourjois, które po wyschnięciu trzymają się naprawdę dobrze.

Kochani! Jeśli macie jakieś pytania odnośnie tego konkretnego produktu to zachęcam do rozmów w komentarzach. Dla ułatwienia naszym pogaduchom wgrałam na bloga disqusa, a więc teraz powinno być jeszcze łatwiej. Oczywiście jak zawsze zapraszam Was na "moje- nasze" socjale i do następnego!
Copyright © 2018 Prze- Testujemy wszystko , Blogger